www.mnd.pl
facebook profile

Mówić czy nie mówić?
Dodano 15 Luty 2008
 

Prawdę można zakłamać zimnem i bezdusznością


Kłamstwo, również kłamstwo z litości, uwłacza ludzkiej godności chorego, jest narzędziem manipulowania nim. Zamiast pomóc choremu w zmierzeniu się ze swoim bardzo trudnym losem, okłamując go, w gruncie rzeczy uciekamy od chorego, i to nawet jeżeli skądinąd troskliwie się nim zajmujemy.

Nieskuteczność i, co ważniejsza, okrucieństwo takiego okłamywania chorego genialnie opisał Lew Tołstoj w noweli pt. Śmierć Iwana Iljicza. Wszystkim, którzy stają wobec problemu: mówić czy nie mówić choremu, że diagnoza dotycząca jego choroby jest fatalna, a prognozy przygnębiające, serdecznie polecam lekturę tego przejmującego arcydzieła.

Jednak alternatywą nie jest mówienie prawdy. Trudna prawda, jeżeli przekazana będzie bezdusznie i bez miłości, przestaje być prawdą. Zmienia się w kamień, którym można zabić w chorym wolę życia i wszelką nadzieję, słowem – w kamień, którym samego chorego można zabić.

Chory nie jest studentem medycyny ani nie przyjechał na sympozjum naukowe poświęcone SLA. To w tamtych miejscach prawda o tej chorobie jest przekazywana na zimno – jako prawda ogólna, a prawda ogólna (i ta dobra, i ta zła) niekoniecznie przecież musi się spełnić w każdym przebiegu choroby.

A ponadto: Złą prawdę, w przypadku kiedy staje się faktem, można – i powinno się – ocieplić mądrą troską o chorego, miłością, staraniem o przynajmniej łagodzenie tego, co w jego chorobie najtrudniejsze. Miłością można przecież istotnie zmienić przeżywanie przez pacjenta nawet najgorszej choroby.

Bardzo mądrze ostrzega przed mówieniem choremu całej prawdy Ryszard Fenigsen, lekarz, którego mam zaszczyt znać osobiście. Z naciskiem zwraca on uwagę na to, że pod pozorem mówienia prawdy można przekazywać choremu zabijającą go nieprawdę. „Docent uznał za stosowne – opowiada dr Fenigsen – uprzedzić pacjenta, że <umrze w straszliwych męczarniach>. Obyło się bez tych męczarni, ale po takiej informacji pacjent dwukrotnie usiłował popełnić samobójstwo”.

I jeszcze jedna opowieść Doktora Fenigsena: Chorą poddano zabiegowi rozszerzenia tchawicy. Z płaczem powiedziała lekarzowi, że tak bolesnego zabiegu drugi raz już nie wytrzyma. „Ależ proszę pani – powiedział doktor – to jest seria dwunastu zabiegów i zrobimy to jeszcze jedenaście razy”. Chora „musiała” przecież znać prawdę! A jednak to była nieprawda, pacjentka zmarła tego samego wieczoru i jedenaście zaplanowanych zabiegów nie doszło do skutku. „Udało się jednak <miłującemu prawdę> lekarzowi – smętnie konkluduje Ryszard Fenigsen – psychicznie zatruć ostatnie godziny życia tej kobiety”.

Czy wobec tego tę najtrudniejszą prawdę ukrywać przed chorym? Nic podobnego. Przecież dysponujemy bardziej subtelnymi sposobami przekazywania prawdy, niż wypowiadanie zdań, które składają się z wyrazów. Istnieje również mowa naszej twarzy, naszych dłoni, mowa ciepła zawartego w naszym głosie. Owszem, ta mowa nie unika zwyczajnych słów, ale używa ich raczej oszczędnie, a przede wszystkim stara się je sobie podporządkować.

Za pomocą tej mowy można jednocześnie potwierdzać przeczucia chorego, że jego stan jest poważny, i prognozy nienajlepsze – a zarazem podtrzymywać, bez kłamstwa, jego nadzieję. Prawdziwa miłość, znajdzie sposoby, żeby w człowieku ciężko chorym, również jeśli jego stan jest po ludzku beznadziejny, podtrzymywać wolę życia, a zarazem uszanować powagę umierania i godność chorego. Miłość potrafi też przekonać go, że w jego bólu nie pozostawimy go samotnym.

Miłość stara się również pomóc choremu w powierzeniu się Bogu. Głęboko pisze o tym papież Benedykt XVI w swojej encyklice o nadziei: „Prawdziwym pasterzem jest Ten, który zna także drogę, która wiedzie przez dolinę śmierci; Ten, który nawet na drodze całkowitej samotności, na której nikt nie może mi towarzyszyć, idzie ze mną i prowadzi mnie, abym ją pokonał. On sam przeszedł tę drogę, zszedł do królestwa śmierci, a zwyciężywszy śmierć, powrócił stamtąd, aby teraz towarzyszyć nam i by dać nam pewność, że razem z Nim można tę drogę odnaleźć. Świadomość, że istnieje Ten, kto również w śmierci mi towarzyszy i którego <kij i laska dodają mi pociechy>, tak że <zła się nie ulęknę> (por. Psalm 23, 4), stała się nową nadzieją wschodzącą w życiu wierzących”.



Podejmijmy jeszcze ostatnie pytanie: Co mówić, kiedy chory pyta, jak długo jeszcze będzie żył? Dr Fenigsen radzi odpowiadać wówczas mniej więcej tak: „Skądże mogę to wiedzieć? Nie wiem również, jak długo ja jeszcze będę żył. Starajmy się żyć jak najdłużej”. I taka przecież jest prawda. Ponadto przekazujemy mu w ten sposób pełen ciepła komunikat, że los nas wszystkich jest wspólny, i wspólna nadzieja, i wspólna niepewność. A przede wszystkim nie traktujemy chorego, jakby był oddzielonym od pozostałych ludzi skazańcem, który z przestrachem myśli o czekającej go egzekucji.

W ten sposób doszliśmy do tej wielkiej prawdy, o której przed nami tylu już ludzi świadczyło: że miłość jest większa i potężniejsza niż śmierć!

o. Jacek Salij, dominikanin


SLA
dreamfloorstudio.com        
MND